Card image cap

Jestem Amerykańskim Ratownikiem Górskim

Wyświetlenia: 886 / 0 | Seria: Creepypasty | Dodano przez:anon

CZĘŚĆ I

Jestem od kilku lat ratownikiem, przydażyło mi się przez ten czas kilka rzeczy, które powinny was zaciekawić.

• Mam dość dobry bilans znalezionych osób. W większości, przypadkiem oddalają się od szlaku lub ześlizgują z małego klifu nie mogąc wrócić. Większość z nich słyszała o zasadzie „zostań tam gdzie jesteś” i nie idą dalej. Ale miałem dwa przypadki kiedy tak się nie stało. Oba dały mi dużo do myślenia i używam ich jako motywator by jeszcze lepiej wykonywać swoją pracę. Pierwszy był mały chłopiec, który wyszedł zbierać jagody ze swoimi rodzicami. On i jego siostra trzymali się razem, i oboje zniknęli mniej więcej w tym samym czasie. Rodzice stracili ich z oczu na kilka sekund i w tym czasie dzieci najwyraźniej oddaliły się. Kiedy rodzice nie mogli ich znaleźć, wezwali nas, a my przybyliśmy przeszukać teren. Córkę znaleźliśmy stosunkowo szybko, ale kiedy zapytaliśmy gdzie jest jej brat, odpowiedziała, że zabrał go „Człowiek Niedźwiedź”. Powiedziała, że dał jej jagody i powiedział żeby była cicho, bo on chce przez chwilę pobawić się z jej bratem. Ostatnio kiedy widziała swojego brata, ten siedział na barana u „Człowieka Niedźwiedzia” i wydawał się spokojny. Oczywiście naszym pierwszym skojarzeniem było porwanie, ale nigdy nie znaleźliśmy żadnego śladu innego człowieka w tej okolicy. Mała dziewczynka stanowczo twierdziła, że to nie był zwykły człowiek: był wysoki, pokryty włosami (jak niedźwiedź) i miał dziwną twarz. Teren przeszukiwaliśmy tygodniami. To było jedno z najdłuższych zgłoszeń w których brałem udział, ale nie znaleźliśmy żadnego śladu po zaginionym chłopcu. Druga była młoda dziewczyna, która poszła na wycieczkę ze swoją mamą i dziadkiem. Według matki, dziewczyna wspięła się na drzewo żeby lepiej widzieć las i nigdy z niego nie zeszła. Czekali u stóp drzewa godzinami wołając ją zanim zadzwonili po pomoc. I znowu – szukaliśmy wszędzie, ale nie natrafiliśmy na żaden ślad. Nie mam pojęcia gdzie mogła zniknąć ponieważ jej mama i dziadek nie widzieli żeby schodziła z drzewa.

• Kilka razy wyruszałem na poszukiwania jedynie z psem. Prowadził mnie on prosto do podnóża klifów. Nie wzgórz czy skał. Pionowe, surowe klify bez wsparcia dla rąk i nóg. Za każdym razem mnie to zastanawia, bo w takich wypadkach, przeważnie zaginioną osobę znajdujemy na górze klifu, lub całe mile od miejsca w które zaprowadził nas pies. Jestem pewien że jest jakieś wyjaśnienie, ale wydaje mi się to dziwne.

• Jedna szczególnie smutna sprawa dotyczyła podjęcia ciała. Dziewięcioletnia dziewczynka spadła z wału i nabiła się na pień martwego drzewa. To był strasznie dziwny wypadek. Nigdy nie zapomnę dźwięku jaki wydała jej matka kiedy powiedzieliśmy jej co się stało. Widziała jak pakowano worek na zwłoki do karetki. Wydała wtedy z siebie najbardziej przerażający, rozdzierający serce lament jaki kiedykolwiek słyszałem. To było jakby całe jej życie legło w gruzach, a część niej umarła razem z córką. Później słyszałem od innego funkcjonariusza SAR (Search and Rescue – w tym wypadku taki ichni GOPR), że popełniła samobójstwo kilka tygodni po tym wydarzeniu. Nie mogła dalej żyć ze stratą córki.

• Dołączył do mnie drugi oficer SAR-u, ponieważ mieliśmy informacje o niedźwiedziach w okolicy. Szukaliśmy gościa, który na czas nie wrócił do domu ze wspinaczki. Sami musieliśmy ostro się wspinać żeby dotrzeć do miejsca w którym myśleliśmy, że może on być. Znaleźliśmy go uwięzionego w małej szczelinie ze złamaną nogą. To nie był przyjemny widok. Był tam od dwóch dni i w ranę wdała się infekcja. Udało się nam go zapakować do śmigłowca. Od ratownika usłyszałem później, że gość w kółko opowiadał jak to dobrze sobie radził, ale kiedy dotarł na szczyt, ktoś już tam był. Powiedział, że ten ktoś nie miał żadnego sprzętu wspinaczkowego, ubrany był w parkę (rodzaj kurtki/płaszczu) i spodnie narciarskie. Wspinacz podszedł do tego faceta, ale gdy ten się obrócił, okazało się że nie miał twarzy. Po prostu jej nie było. Przestraszył się i chciał zejść ze szczytu jak najszybciej i dlatego spadł. Opowiadał, że później, przez całą noc słyszał jak gość bez twarzy schodził ze szczytu wydając z siebie stłumione krzyki. Ta historia poważnie mnie przestraszyła. Dobrze, że nie słyszałem jej osobiście.

• Jedna z najstraszniejszych historii jakie mi się przydarzyły dotyczy poszukiwań dziewczyny oddzieliła się od swojej grupy. Byliśmy na nogach do późnej nocy, ponieważ psy zwęszyły jej trop. Kiedy ją znaleźliśmy, leżała zwinięta pod spróchniałym pniem powalonego drzewa. Brakowało jej butów i plecaka, no i widać było że jest w szoku. Nie miała żadnych obrażeń, więc mogliśmy z nią iść na piechotę z powrotem do bazy. Po drodze, cały czas spoglądała do tyłu i pytała nas „Dlaczego ten mężczyzna o czarnych oczach idzie za nami?”. Nikogo nie widzieliśmy, więc uznaliśmy to za jakiś dziwny symptom szoku. Ale im bliżej bazy byliśmy, tym bardziej niespokojna była kobieta. Prosiła mnie, żebym powiedział mu żeby przestał ‘robić do niej miny’. W pewnym momencie zatrzymała się, obróciła i zaczęła krzyczeć w las żądając by mężczyzna zostawił ją w spokoju. „Ja z nim nie pójdę” mówiła, „A ich też nie dam”. W końcu zmusiliśmy ją do marszu, ale zaczęliśmy słyszeć jakieś dziwne dźwięki dookoła nas. To było trochę jak kaszel, ale bardziej rytmiczne, głębsze. Prawie jakby ten dźwięk wydawały owady. Nie bardzo umiem to lepiej opisać. Kiedy praktycznie dotarliśmy już do stacji, kobieta odwróciła się do mnie a jej oczy były tak szeroko otwarte, jak tylko można to sobie wyobrazić. Dotknęła mojego ramienia i powiedziała „Powiedział żebyś przyspieszył. Nie lubi patrzeć na bliznę na twoim karku”. Faktycznie mam bardzo małą bliznę na u podstawy szyi, ale jest schowana za kołnierzem. Nie mam pojęcia jak ona mogła ją zauważyć. Natychmiast po tym jak to powiedziała, znowu usłyszałem ten dziwny dźwięk, tym razem tuż przy moim uchu. O mało ze skóry nie wyskoczyłem. Pośpieszyłem z nią do bazy, starając się nie pokazywać jak bardzo byłem przestraszony, ale muszę przyznać, że bardzo cieszyłem się opuszczając las tej nocy.

• Ostatnia historia jest zarazem pewnie najdziwniejszą jaka mi się przydarzyła. Nie wiem, czy to przytrafia się w innych jednostka SAR, ale u nas jest to rzecz która przytrafia się regularnie, a o której się nie mówi. Możecie próbować pytać o to funkcjonariuszy SAR, ale pewnie nawet jak coś wiedzą, to i tak nie puszczą pary. Nasi przełożeniu poinstruowali nas żeby o tym nie mówić, a w tym momencie tak do tego przywykliśmy, że już przestało się nam to wydawać dziwne. Przy większości spraw, gdy ruszamy naprawdę daleko w dzicz (mówię tu o 30-40 milach), w pewnym momencie znajdujemy schody w środku lasu. To prawie tak, jakbyś wyciął schody ze swojego domu i umieścił w lesie. Zapytałem o to po tym jak widziałem je pierwszy raz, ale drugi ratownik powiedział mi żebym się nie martwił i że to jest normalne. Wszyscy których pytałem powiedzieli dokładnie to samo. Chciałem podejść i to zbadać, ale powiedziano mi bardzo dosadnie, że nigdy nie powinienem się do nich zbliżać. Obecnie właściwie je ignoruje, bo zdarza się to tak często.



CZĘŚĆ 2

Był duży odzew odnośnie schodów, więc krótko je tutaj omówię i dołączę historię z nimi związaną.

Schody które spotykamy mają różne kształty, wielkości, style i stan w jakim się znajdują. Niektóre są mocno zniszczone – po prostu ruiny, ale inne są wręcz nowe. Widziałem jedne, które wyglądały jakby zostały żywcem wyjęte z latarni morskiej: metalowe, kręcone, staromodne. Schody nie prowadzą w górę w nieskończoność, lub dalej niż sięga wzrok, ale niektóre z nich są wyższe od pozostałych. Tak jak mówiłem poprzednio – wyobraźcie sobie schody z waszego domu wycięte i wklejone pośrodku niczego. Nie mam niestety żadnych zdjęć. Tak naprawdę, po pierwszym „spotkaniu” nigdy nie pomyślałem żeby takie zdjęcia zrobić, a też nie chciałem ryzykować przez to utraty pracy. W przyszłości pewnie jeszcze spróbuję, ale nic nie obiecuję.

• Jeżeli chodzi o zaginione osoby, dotyczy ich jakaś połowa zgłoszeń. Pozostałe to wezwania po pomoc od ludzi, którzy spadli z klifu i zrobili sobie krzywdę, doznali poparzeń od ognia (nie uwierzylibyście jak często się to zdarza, głównie wśród pijanych dzieciaków), których ugryzło jakieś zwierzę lub owad. Jesteśmy zgraną drużyną. Są wśród nas weterani którzy są świetni w odnajdywaniu śladów po zaginionych osobach. I właśnie to sprawia, że przypadki kiedy nie znajdujemy żadnego śladu są tak frustrujące. Jeden z nich był szczególnie dołujący dla nas wszystkich, ponieważ znaleźliśmy ślady, ale te przyniosły więcej pytań niż odpowiedzi.

Starszy mężczyzna poszedł na wycieczkę wzdłuż dobrze oznakowanego szlaku, ale jego żona zadzwoniła, że nie wrócił do domu na czas. Okazało się, że mężczyzna miewał wcześniej ataki padaczki (seizures – nie określono jakie, możliwe że padaczkowe). Żona martwiła się, że nie wziął lekarstw i dostał jeden na szlaku. Zanim zapytacie – nie mam pojęcia dlaczego facet pomyślał że to dobry pomysł iść na wycieczkę samemu i dlaczego jego żona nie poszła z nim. Nie pytam o takie rzeczy, bo w pewnym momencie to po prostu nie ma znaczenia; ktoś zaginął i moim obowiązkiem jest go znaleźć. Wyruszyliśmy na standardowe poszukiwania. Nie trwało to długo zanim nasi weterani znaleźli ślad po gościu, który najwyraźniej oddalił się od szlaku. Przegrupowaliśmy się i podążyliśmy za śladami w taki sposób, żeby poszukiwaniami pokryć jak największy obszar. Nagle dostaliśmy wezwanie przez radio. Mieliśmy udać się z powrotem do miejsca w którym znajdowali się weterani. Szybko ruszyliśmy na miejsce, bo takie wezwania zwykle oznaczają, że poszukiwana osoba jest ranna i potrzebna jest cała nasza grupa, żeby bezpiecznie dotransportować rannego do bazy. Kiedy przybyliśmy na miejsce, zobaczyliśmy weteranów stojących pod drzewem, patrzących w górę. Zapytałem kumpla o co chodzi, a ten tylko wskazał ręką na jedną z gałęzi. Nie mogłem uwierzyć w to co widziałem. Wisiała tam laska, przynajmniej 10 metrów nad ziemią. Przyczepiony do rączki pasek był owinięty wokół gałęzi. Nie było szans żeby ten gość rzucił nią tak wysoko. Nie było też po nim jakichkolwiek innych śladów. Wołaliśmy w górę drzewa, ale oczywiście nikt nie odpowiedział. Staliśmy tam wszyscy drapiąc się po głowach. Kontynuowaliśmy poszukiwania, ale nigdy gościa nie znaleźliśmy. Użyliśmy też psów tropiących, ale gubiły trop na długo przed tym drzewem. W końcu poszukiwania odwołano, bo po pewnym czasie już niewiele możemy zrobić. Żona tego mężczyzny wydzwaniała do nas miesiącami pytając, czy znaleźliśmy jej męża. To było przygnębiające słyszeć jak za każdym w jej głosie było co raz mniej nadziei. Nie jestem pewien dlaczego ten konkretny przypadek był tak dołujący. Myślę, że to może przez absurdalność całej sytuacji. To i pytania które pozostały – jak do cholery laska tego gościa dostała się na drzewo? Czy ktoś go zabił, a laskę powiesił jako jakieś dziwne trofeum? Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy żeby go znaleźć, ale to wyglądało jakby ktoś z nas zadrwił. Do tej pory czasami rozmawiamy o tej akcji.

• Historie o zaginionych dzieciach zawsze wzbudzają najwięcej emocji. Nie ma znaczenia w jakich okolicznościach zniknęły, to nigdy nie jest łatwe. Zawsze opłakujemy te które znajdujemy nieżywe. Nie często, ale to się zdarza. David Paulides wiele mówił o dzieciach, które jednostki SAR (Search and Rescue) znajdują w miejscach w których nie powinny, lub nie mogły się znaleźć. Szczerze powiem, że więcej słyszałem takich historii niż widziałem na własne oczy, ale mogę podzielić się jedną o której dużo myślę i której byłem świadkiem. Matka z trójką dzieci wybrała się na piknik do miejsca w parku w którym znajduje się małe jezioro. Dzieci miały 6, 5 i 3 lata. Matka cały czas pilnowała dzieci i według niej nigdy nie spuszczała ich z oczu choćby na chwilę. Nigdy nie zauważyła nikogo innego kręcącego się w okolicy. Po pikniku spakowała ich rzeczy i wyruszyli z powrotem w stronę parkingu. Dla ścisłości – jezioro nad którym byli znajduje się tylko jakieś 3 km od parkingu. Prowadzi do niego bardzo dobrze oznaczony i utrzymany szlak, więc praktycznie niemożliwością jest zgubić się po drodze chyba, że umyślnie zejdziesz ze szlaku jak imbecyl. Dzieci szły przed matką, kiedy ta usłyszała jakiś dźwięk sugerujący, że ktoś idzie za nimi. Obróciła się, i w ciągu około czterech sekund kiedy nie patrzyła, jej pięcioletni syn zniknął. Pomyślała, że prawdopodobnie odszedł na bok się wysikać. Zapytała pozostałej dwójki, gdzie poszedł ich brat. Oboje odpowiedzieli, że ‘wielki mężczyzna ze straszną twarzą’ wyszedł z krzaków koło nich, wziął chłopca za rękę i poprowadził między drzewa. Pozostała dwójka dzieciaków nie wydawała się tym faktem nadto przestraszona. Kobieta powiedziała później, że wyglądało to tak jakby ktoś podał jej dzieciom jakiś narkotyk. Oboje wyglądali na zdezorientowanych, otumanionych. Kobieta oczywiście zaczęła panikować. Szukała chłopca w najbliższej okolicy wykrzykując jego imię. W pewnym momencie wydawało się jej, że usłyszała jego głos. Oczywiście nie mogła pobiec ślepo w tym kierunku – miała przecież pod opieką jeszcze dwójkę dzieci. Zadzwoniła więc po policję, a policja skierowała nas do poszukiwań. Otrzymaliśmy zgłoszenie i natychmiast wyruszyliśmy. W trakcie poszukiwań, które rozciągało się na całe mile, nie natrafiliśmy na żaden ślad po dzieciaku. Psy nie podjęły żadnego tropu, nie znaleziono żadnego fragmentu ubrania, połamanych gałązek, słowem niczego co wskazywałoby na obecność dziecka w tym rejonie. Oczywiście przez chwilę podejrzenia padły na matkę, ale stało się jasne, że była zdruzgotana całą tą sprawą. Szukaliśmy tego dzieciaka tygodniami, z dużą pomocą ochotników, ale w końcu poszukiwania dobiegły końca, a my zajęliśmy się innymi sprawami. Ochotnicy szukali jednak dalej i pewnego dnia dostaliśmy zgłoszenie, że znaleźli ciało. Podali nam miejsce w którym się znajdowało, ale nie mogliśmy uwierzyć w to że to mógł być ten dzieciak. Pomyśleliśmy, że to musiało być ktoś inny. Tak czy inaczej wyruszyliśmy, jakieś 24 km od miejsca w którym zniknął chłopiec. Na miejscu wiedzieliśmy już na pewno – to były zwłoki naszego zaginionego. Zastanawiałem się w jaki sposób dziecko mogło dotrzeć w to miejsce ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Ochotnik znalazł się w tym miejscu bo pomyślał, że równie dobrze może przeszukać obszar w który nikt wcześniej nie zaglądał w razie gdyby ciało zostało gdzieś odwleczone i porzucone. Dotarł do podnóża stromego skalistego zbocza. Kiedy spojrzał w górę, w połowie drogi na górę coś zauważył. Patrząc przez lornetkę rozpoznał, że to zwłoki małego chłopca, wciśniętego w małą rozpadlinę skalną. Rozpoznał kolor koszulki chłopca i od razu domyślił się kogo znalazł. Wyruszyliśmy natychmiast po zgłoszeniu. Prawie godzinę zajęło nam ściągnięcie ciała na dół. Kiedy to się udało, żaden z nas nie mógł uwierzyć w to co widział. Nie tylko ciało znalazło się 24 km od miejsca w którym chłopiec zaginął, ale też nie było możliwości, żeby sam wspiął się do miejsca w którym go znaleziono. To zbocze jest bardzo zdradliwe i nawet nam, wyposażonym w sprzęt wspinaczkowy trudno było się tam dostać. Niesamowite było to, że dzieciak nie miał choćby jednego zadrapania. Nie miał butów, ale jego stopy nie były poranione czy brudne, więc na pewno nie zaciągnęło go tam żadne zwierzę. Z resztą, z po stanie w jakim się znajdował mogliśmy stwierdzić, że nie był martwy tak długo jak można by się spodziewać. Upłynął miesiąc odkąd zniknął, a wyglądało na to że jest martwy od jednego, góra dwóch dni. Cała ta sprawa była niesamowicie dziwna. Było to jedno z najbardziej niepokojących wezwań na jakich byłem. Później dowiedzieliśmy się od koronera, że dziecko zmarło z wychłodzenia, prawdopodobnie późno w nocy, dwa dni przed tym jak został znaleziony. Nie było żadnych podejrzanych, żadnych odpowiedzi.

• Jednym z pierwszych wezwań na jakich byłem kiedy byłem jeszcze kursantem, były poszukiwania czterolatka, który oddalił się od swojej mamy. To była jedna z takich spraw gdzie wiedzieliśmy, że go znajdziemy – psy od razu podchwyciły mocny trop, i widoczne były wyraźne ślady, że dziecko było w okolicy. Znaleźliśmy go na ścieżce pośród jagód, około 800 metrów od miejsca w którym widziano go po raz ostatni. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że zawędrował tak daleko. Jeden z weteranów przyprowadził go z powrotem, z czego osobiście bardzo się cieszyłem, bo sam kiepsko radzę sobie z dziećmi. Kiedy już wracałem z moją nauczycielką do bazy, ona postanowiła, że nadłożymy trochę drogi, żebym zobaczył miejsce w którym często znajdywane są zaginione osoby. Było to takie naturalne zagłębienie, blisko popularnego szlaku. Ludzie często tam trafiali, bo z góry idzie się łatwiej. Dotarcie tam zajęło nam około godziny. Kiedy chodziliśmy po okolicy, a ona pokazywała mi miejsca w których w przeszłości znajdywała zaginionych, zobaczyłem coś w oddali. Tak dla jasności – miejsce w którym się znajdowaliśmy jest oddalone od głównego parkingu o około 13 km, ale prowadzą tam też leśne drogi w razie gdyby ktoś chciał skrócić sobie dystans do przejścia pieszo. Znajdowaliśmy się na ziemi ochranianej przez Stan, więc nie było mowy o jakichkolwiek zabudowaniach, komercyjnych czy mieszkalnych w tym rejonie. Jedynymi konstrukcjami na jakie można się tu natknąć są wieże pożarowe lub chaty budowane czasem przez bezdomnych. Ale z miejsca gdzie stałem, wyraźnie mogłem zobaczyć, że cokolwiek to jest, ma proste krawędzie, a jedną z rzeczy których uczysz się bardzo szybko jest to, że proste linie w naturze praktycznie nie występują. Powiedziałem nauczycielce co zobaczyłem, ale ona nic nie odpowiedziała. Szła sobie spokojnie za mną pozwalając mi samemu przekonać się co zobaczyłem. Jakieś 10 metrów przed ‘konstrukcją’ wszystkie włosy na karku stanęły mi dęba. To były schody. Pośrodku pieprzonego lasu. W innym wypadku byłaby to najbardziej niewinna rzecz na świecie. Zwykłe schody, z beżowym dywanem, dziesięcioma stopniami. Ale zamiast znajdować się w domu gdzie ich miejsce, były tutaj – w środku lasu. Bok schodów oczywiście nie był zabudowany, więc mogłem zobaczyć z jakiego drewna są zrobione. To było jak błąd w grze wideo, gdzie dom nie załadował się w całości i widać tylko schody. Stałem tam usiłując ułożyć to sobie w jakąś logiczną całość. Moja nauczycielka stanęła koło mnie patrząc na schody jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Zapytałem jej „co to kurwa jest?!”. „Przywyknij młody. Jeszcze wiele ich zobaczysz” odpowiedziała. Chciałem podejść bliżej, ale mocno złapała mnie za ramię. „Nie robiłabym tego na twoim miejscu”. Głos miała spokojny, ale uścisk mocny, więc stałem tylko patrząc na nią zdziwiony. „Będziesz widział je często, ale nigdy do nich nie podchodź. Nie dotykaj ich, nie wychodź na nie. Po prostu je ignoruj.”. Zacząłem ją wypytywać o co chodzi, ale coś w jej spojrzeniu powiedziało mi, że lepiej będzie jeśli przestanę. Poszliśmy dalej, a ten temat nie wypłynął już do końca mojego szkolenia. Ale miała rację – przy około co piątym wezwaniu natrafiam na schody w lesie. Czasami są blisko szlaku – około 3-5 km, a czasami 30-50 km dosłownie pośrodku niczego a znajdujemy je głównie podczas największych poszukiwań lub weekendów kiedy odbywamy dodatkowe szkolenia. Z reguły schody są w dobrym stanie, ale niektóre wyglądają jakby były tam już przez lata. Różne rodzaje, różne rozmiary. Największe jakie widziałem wyglądały jakby pochodziły z posiadłości z przełomu wieku, szerokie na ponad 3 metry, ze stopniami wznoszącymi się na jakieś 6 metrów. Próbowałem rozmawiać o tym z ludźmi, ale udzielali mi takiej samej odpowiedzi jak moja nauczycielka. „To normalne, nie przejmuj się, ale nie zbliżaj się do nich.” Teraz, kiedy kursanci pytają mnie o to, udzielam im takiej samej odpowiedzi. Nie za bardzo wiem co innego mógłbym im powiedzieć.

• Ta historia jest nie tyle straszna co smutna. W środku zimy, kiedy nikt nie powinien zapuszczać się daleko w las, zaginął młody człowiek. Zimą wiele szlaków zostaje zamkniętych, ale nie wszystkie chyba, że jest w cholerę śniegu. Wyruszyliśmy z poszukiwaniami, ale z racji bardzo ostrej zimy (nasypało jakieś 2 metry) zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że znajdziemy go dopiero wiosną po odwilży. I faktycznie – po pierwszych roztopach dostaliśmy zgłoszenie, że turysta znalazł ciało niedaleko od głównego szlaku. Znaleźliśmy go u podstawy drzewa, w częściowo stopniałej zaspie. Od razu wiedziałem co się stało i zajebiście mnie to wystraszyło. Większość osób które jeżdżą na nartach, snowboardzie, czy po prostu spędzają czas w górach pewnie też już się domyśliło. Kiedy śnieg pada, bezpośrednio obok pnia drzewa gromadzi się go znacznie mniej. Dzieje się tak głównie wokół drzew iglastych ze względu na ich koronę przypominającą trochę rozłożony parasol. Finalnie otrzymujemy przestrzeń dookoła pnia wypełnioną luźnym puchem, powietrzem i gałęziami. Fachowo nazywa się to studnia drzewna. W centrum powitalnym wieszamy duże znaki ostrzegające przed nimi, mówiące jak takie studnie mogą być niebezpieczne, ale każdego roku kiedy spadnie dużo śniegu, przynajmniej jedna osoba tych ostrzeżeń nie przeczyta, lub nie bierze ich na poważnie, a my dowiadujemy się o tym na wiosnę. Zgaduję, że ten gość zmęczył się wędrówką, albo może złapał go skurcz. Poszedł więc odpocząć pod drzewem nie wiedząc, że jest tam studnia do której oczywiście wpadł. Utknął z nogami w górze, a otaczający go śnieg zasypał go. Nie mogąc się uwolnić udusił się. Nazywa się to ‘Uduszeniem w głębokim śniegu’ (SIS – Snow Immersion Suffocation) i przeważnie nie zdarza się chyba, że spadnie naprawdę dużo śniegu. Jeżeli przytrafi się wam utknąć w dziwnej pozycji jak temu gościowi, nawet 2 metry mogą być zabójcze. Najbardziej przestraszyło mnie kiedy wyobraziłem sobie jak musiał tam cierpieć. Do góry nogami, na przejmującym mrozie. Nie umarł szybko. Śnieg przykrył go gęstą, ciężką warstwą, więc niemożliwe było się stamtąd wydostać. Kiedy oddychanie zaczęło sprawiać mu problem, musiał wiedzieć co się dzieje. Nie chcę nawet zgadywać o czym myślał w swoich ostatnich chwilach życia.

• Wielu moich przyjaciół spędzających mniej czasu na powietrzu chciałoby wiedzieć, czy spotkałem już Goatmana (postać z jakiejś urban-legend. Podobno pół człowiek, pół kozioł dzierżący topory/siekiery). Niestety, albo może na szczęście nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło. Najbliższą temu sytuacją była akcja z ‘człowiekiem o czarnych oczach’, ale wtedy nic nie widziałem. Było jednak jedno wezwanie, kiedy doświadczyłem czegoś podobnego, ale raczej nie przypisałbym tego Goatmanowi. Dostaliśmy zgłoszenie, że starsza kobieta zemdlała na jednym ze szlaków i potrzebuje pomocy by dotrzeć z powrotem do bazy. Dotarliśmy na miejsce w którym miała znajdować się kobieta, ale zobaczyliśmy jedynie jej męża. Podbiegł do nas mówiąc, że zboczył na moment ze szlaku chcąc coś zobaczyć, kiedy usłyszał za sobą krzyk swojej żony. Pobiegł do niej i znalazł ją nieprzytomną. Zapakowaliśmy ją na nosze ale kiedy znosiliśmy ją z powrotem do centrum powitalnego, odzyskała przytomność i zaczęła znowu krzyczeć. Uspokoiłem ją żeby zapytać co się stało. Nie pamiętam dosłownie tego co powiedziała, ale generalnie było to tak: Czekała na swojego męża, kiedy usłyszała jakiś bardzo dziwny dźwięk. Powiedziała, że było to trochę jak miauczenie kota, ale w jakiś sposób zniekształcone. Nie wiedziała dokładnie o co chodzi, więc podeszła kawałek żeby lepiej słyszeć. Mówiła, że im bardziej się zbliżała, tym bardziej niepokojący był ten dźwięk, aż w końcu zrozumiała co było nie tak. Następną część pamiętam, bo była tak dziwna, że nie mógłbym o niej zapomnieć nawet gdybym chciał. „To nie był kot. To był człowiek, w kółko powtarzający słowa ‘meow’. Tylko ‘meow, meow, meow’, nic poza tym. Ale to nie był człowiek. Nie mógł być, bo nigdy nie szłyszałam, żeby głos człowieka był tak brzęczący. Pomyślałam, że mój aparat słuchowy wysiadł, ale okazało się że nie. Wyregulowałam go, ale głos nadal był brzęczący. To było straszne. Zbliżał się, ale nie mogłam go zobaczyć. Im bliżej był, tym bardziej byłam przerażona. Ostatnią rzeczą którą pamiętam był kształt wyłaniający się z za drzew. Prawdopodobnie wtedy zemdlałam.” Oczywiście byłem trochę skonsternowany faktem, że ktoś chodzi sobie po jebanym lesie miaucząc do ludzi. Kiedy więc dotarliśmy na dół, powiedziałem mojemu przełożonemu, że chciałbym tam wrócić, sprawdzić czy uda mi się coś znaleźć. Dostałem pozwolenie, wziąłem radio i poszedłem z powrotem na górę, do miejsca gdzie kobieta zemdlała. Nic nie zauważyłem, więc poszedłem jeszcze 1,5 km dalej. Wracając zboczyłem ze szlaku, żeby sprawdzić miejsce z którego wydawało się jej, że coś wychodzi z lasu. W tym momencie słońce już zachodziło, a ja nie miałem najmniejszego zamiaru zostawać tu na noc. Pomyślałem więc, że wrócę tu jutro poszukać śladów. Ruszyłem w drogę powrotną, kiedy zacząłem słyszeć coś w oddali. Zatrzymałem się i krzyknąłem, aby osoba znajdująca się w pobliżu zidentyfikowała się. Odgłos nie przybliżył się, ani nie stał głośniejszy, ale brzmiał dokładnie tak jak opisywała go kobieta – głos mężczyzny powtarzający ‘meow’ w dziwny, monotonny sposób. Może śmiesznie to zabrzmi, ale odgłos przypominał głos tego gościa z South Parku z elektroniczną krtanią – Neda. Zszedłem ze szlaku w kierunku z którego myślałem, że dochodzi odgłos, ale nie zbliżyłem się do niego. To było tak jakby dobiegał ze wszystkich kierunków. W końcu odgłos zanikł, a ja wróciłem do centrum powitalnego. Nigdy później nie dostałem informacji żeby ktoś słyszał podobny dźwięk. Mimo, że wróciłem tam następnego dnia, też nie usłyszałem go ponownie. Być może to był jakiś dzieciak robiący sobie jaja z ludzi, ale nawet ja muszę przyznać, że było to co najmniej dziwne.




CZĘŚĆ 3


Ok, zacznijmy od odpowiedzi na pytania, które zadawała większość z was:

• Nie chciałbym zdradzać gdzie dokładnie pracuję. Niektóre z rzeczy które tu opisałem wpędziłyby mnie w spore kłopoty, może nawet wyleciałbym przez nie z pracy, więc lepiej będzie jeżeli nie będę za dużo pisał na ten temat. Powiem tylko, że pracuję w Stanach Zjednoczonych w rejonie, który obdarzony został ogromnymi obszarami dziczy. Mowa tu o setkach mil gęstego lasu, łańcuchu górskim i kilku jeziorach.

• Schody w dalszym ciągu budzą wasze zainteresowanie, więc na szczęście dla was, mój przyjaciel ma związaną z nimi historię, która powinna was zainteresować. Napiszę o tym więcej pod koniec tego posta. Odnośnie tego czy kiedykolwiek myślałem żeby wypytać o to moich przełożonych – tak, myślałem, ale nie chcę przez to ryzykować utraty pracy. Na szczęście jeden z moich byłych przełożonych nie pracuje już jako ratownik SAR-u (Search And Rescue), więc jest szansa, że zgodziłby się cokolwiek opowiedzieć. Będę z nim rozmawiał później w tym tygodniu i dam wam znać co z tego wyjdzie.

• Jeżeli chodzi o porady jak zostać oficerem SAR-u myślę, że najlepszą radą jaką mogę dać jest kontakt z najbliższą placówką Służby Leśnej. Zobaczcie czy dostępne są jakieś kursy/szkolenia, lub jakie są wymagania. Ja pracuję tu od lat, a zaczynałem jako wolontariusz pomagający w akcjach SAR-u. To świetna praca, pomimo sporadycznych, tragicznych sytuacji i nie chciałbym robić nic innego.

Ok, czas przejść do historii:

• Pierwsza wydarzyła się na akcji na którą poszedłem zaraz po ukończeniu szkolenia, więc wszystko wówczas było dla mnie nowe. Zanim zacząłem tą pracę byłem ochotnikiem, więc miałem jakieś pojęcie czego można się spodziewać, ale dotychczas miałem głównie do czynienia z wezwaniami do poszukiwań ludzi, których ślady zostały wcześniej zauważone przez weteranów. Jako pracownik SAR-u wyruszasz do wszelkiego rodzaju zgłoszeń – od ugryzień przez zwierzęta, po atak serca. Ta konkretna sprawa, została zgłoszona wcześnie rano przez parę młodych ludzi którzy wędrowali szlakiem w pobliżu jeziora. Mąż był bardzo rozhisteryzowany, a my nie mogliśmy dojść do tego co się stało. W tle słychać było wrzeszczącą kobietę, a on błagał nas byśmy przybyli jak najszybciej. Kiedy tam dotarliśmy, zobaczyliśmy go trzymającego swoją żonę, która z kolei trzymała coś w swoich ramionach, wydając z siebie niemal zwierzęce krzyki. Kiedy mąż nas zobaczył, krzyknął byśmy im pomogli, a najlepiej sprowadzili karetkę na miejsce. Oczywiście nie dało się wysłać karetki na górski szlak, więc zapytaliśmy czy jego żona potrzebuje pomocy, czy też będzie mogła iść o własnych siłach. Mężczyzna dalej był roztrzęsiony, ale udało mu się powiedzieć, że to nie ona potrzebuje pomocy. Podczas gdy jeden z weteranów próbował go uspokoić, ja podszedłem do kobiety i zapytałem co się dzieje, ale ona jedynie kiwała się w przód i w tył trzymając coś, piszcząc w kółko. Kucnąłem i zobaczyłem, że cokolwiek trzyma, pokryte jest krwią. Wtedy zauważyłem chustę do noszenia dziecka na jej ramieniu, a moje serce stanęło. Wypytując ją o to co się stało, tak jakby delikatnie rozchyliłem jej ramiona żeby zobaczyć co tak naprawdę trzyma. To było jej dziecko, oczywiście martwe. Jego główka była wgnieciona z jednej strony, a całe ciało pokryte było zadrapaniami. Widywałem wcześniej ciała zmarłych, ale coś w całej tej sytuacji mocno mnie dotknęło. Chwilę zajęło mi dojście do siebie, po czym podszedłem do weterana stojącego najbliżej mnie. Powiedziałem mu, że chodzi o martwe dziecko, a on poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że się tym zajmie. Godzinę zajęło nam przekonanie kobiety, żeby pozwoliła nam zobaczyć dziecko. Za każdym razem kiedy chcieliśmy je odebrać załamywała się mówiąc, że nie możemy go wziąć, że wszystko będzie dobrze jeżeli tylko zostawimy je w spokoju i pozwolimy jej (matce) mu pomóc. W końcu weteranom udało się ją przekonać do oddania ciała. Zabraliśmy je do punktu medycznego, ale kiedy zjawili się ratownicy, powiedzieli, że nie było jakiejkolwiek szansy na uratowanie dziecka. Zmarł natychmiast z powodu urazu głowy jakiego doznał. Moją dobrą znajomą była jedna z sióstr pracująca w szpitalu do którego przywieziono małżeństwo. Opowiedziała mi później co wtedy stało się w lesie. Para spacerowała z dzieckiem w chuście. W pewnym momencie zatrzymali się, bo dzieciak zaczął marudzić. Ojciec wziął go na ręce. Stanął na brzegu stosunkowo niedużego wąwozu zaraz przy szlaku. Mama podeszła żeby stanąć obok nich, ale potknęła się, wpadła na swojego męża, który upuścił dziecko prosto do wąwozu. Dziecko upadło z niecałych 7 metrów, wprost na skały na dnie. Ojciec pospieszył na ratunek, ale stracił równowagę i upadł prosto na główkę dziecka, które w tym momencie było już martwe. Dziecko miało jedynie 15 miesięcy. Cholernie dziwaczny wypadek. Seria zdarzeń która zakończyła się w najgorszy możliwy sposób. To była prawdopodobnie najokropniejsze wezwanie na jakim byłem.

• W mojej karierze pracownika SAR-u nie widziałem wielu przypadków pogryzień przez zwierzęta, głównie przez to, że niewiele dużych zwierząt pojawia się w tej okolicy. Owszem – są tu niedźwiedzie, ale trzymają się z dala od ludzi. Większość zwierząt które można zobaczyć jest małych np. kojoty, szopy, skunksy. Częstym widokiem natomiast są łosie i powiem wam jedno – to niezłe skurczybyki. Będą gonić wszystko i wszystkich bez wyraźnego powodu, i niech was Bóg ma w opiece jeżeli znajdziecie się pomiędzy samicą, i jej młodym. Jedno z najzabawniejszych wezwań dostaliśmy od gościa, który wlazł na drzewo uciekając przed ogromnym samcem. Godzinę zajęło nam zdjęcie go stamtąd, a kiedy w końcu stanął na ziemi powiedział „Skurwysyny duże są z bliska” (Them fuckers is big up close). Wiem, że ta historia nie jest straszna, ale do tej pory się z tego śmiejemy.

• Szczerze nie mam pojęcia jak mogłem zapomnieć o tej historii, ale jak dotąd to jest najstraszniejsze co mnie do tej pory spotkało. Może tak długo starałem się o tym zapomnieć, że nie było to pierwsze co mi przyszło do głowy. Pracując jako osoba, która dosłownie cały swój czas spędza w lesie, nie chciałbyś zacząć się bać samotności, albo pobytu pośrodku niczego. Właśnie dlatego, kiedy przytrafia Ci się taka historia, starasz wyprzeć ją z pamięci. Jak do tej pory, jest to jedyna rzecz która sprawiła, że poważnie zacząłem się zastanawiać, czy ta praca jest dla mnie. Nie lubię o tym mówić, ale postaram się opisać wszystko najlepiej jak pamiętam.

Rzecz działa się późną wiosną. To było typowe zgłoszenie o zaginionym dziecku. Czteroletnia dziewczynka oddaliła się od obozowiska jej rodziny i nie było jej przez około 2 godziny. Jej rodzice byli totalnie przybici. Powiedzieli nam to co mówi każdy rodzic: moje dziecko nigdy by się samo nie oddaliło, ona jest przecież taka grzeczna, zawsze jest gdzieś w pobliżu, nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. Zapewniliśmy rodziców, że zrobimy wszystko co naszej mocy by ją odnaleźć i rozstawiliśmy się w standardowej formacji poszukiwawczej. Przydzielono mi jednego z moich dobrych kumpli, więc idąc w górę rozmawialiśmy sobie na luzie. Wiem, że to może brzmieć bezdusznie, ale po pewnym czasie w tej pracy człowiek staje się znieczulony. To jest zupełnie normalne i myślę, że taka znieczulica jest wręcz potrzebna. Szukaliśmy dobre dwie godziny, znacznie wykraczając poza terem w którym spodziewaliśmy się, że dziewczynka może się znajdować. Akurat wyszliśmy z małej dolinki kiedy coś sprawiło, że obaj jednocześnie się zatrzymaliśmy. Zamarliśmy patrząc na siebie. To było takie dziwne uczucie, jakby samolot się rozhermetyzował. Strzeliło mi w uszach, i miałem wrażenie jakbym spadł z 3 metrów. Chciałem zapytać kumpla, czy on poczuł to samo, ale zanim to mi się udało, usłyszeliśmy najgłośniejszy dźwięk jaki w życiu słyszałem. To prawie jakby pociąg jechał na nas, ale dźwięk było słychać ze wszystkich stron – z góry i z dołu też. Kolega coś do mnie krzyknął, ale nic nie usłyszałem przez ten ogłuszający hałas. Przerażeni zaczęliśmy się rozglądać za źródłem dźwięku, ale nic nie zobaczyliśmy. Moją pierwszą myślą było osuwisko skalne, ale nie znajdowaliśmy się w pobliżu żadnych klifów czy urwisk, a nawet gdyby tak było to już pewnie byśmy nie żyli. Dźwięk trwał nadal, a my próbowaliśmy krzyczeć coś do siebie, ale nawet stojąc bardzo blisko nic nie mogliśmy usłyszeć. Wtedy, hałas równie nagle jak się zaczął, nagle się urwał, zupełnie jakby ktoś go wyłączył. Staliśmy chwilę nieruchomo, kiedy normalne odgłosy lasu zaczęły powracać. Kumpel zapytał mnie co się właściwie stało, ale ja wzruszyłem tylko ramionami – wiedziałem tyle samo co on. Staliśmy tak patrząc na siebie przez jakąś minutę. Zapytałem przez radio czy ktoś też słyszał nadchodzący jebany koniec świata, ale okazało się że nikt nic nie słyszał pomimo, że inne grupy były w zasięgu krzyku, w razie gdyby ktoś coś znalazł. Ruszyliśmy więc na dalsze poszukiwania. Jakąś godzinę później wszyscy meldowali postępy przez radio, ale nikt nie odnalazł dziewczynki. Przeważnie przerywamy poszukiwania kiedy robi się ciemno, ale ponieważ nie znaleziono żadnych śladów, kilka osób (w tym ja i mój kumpel) postanowiło szukać dalej. Trzymaliśmy się blisko siebie, wykrzykując jej imię co kilka minut. Miałem wielką nadzieję, że uda się nam ją znaleźć, bo o ile nie lubię dzieci, to wizja małej dziewczynki błąkającej się samej po lesie po zmroku wydawała mi się straszna. Dzieci mogą bać się lasu nawet za dnia, ale w nocy – cóż, to już zupełnie inna historia. Jednak nie znaleźliśmy żadnego śladu, nie usłyszeliśmy odpowiedzi na nasze wołania, więc koło północy zawróciliśmy, żeby udać się do punktu zbornego. Byliśmy w połowie drogi, kiedy mój kumpel stanął świecąc latarką na ogromne, przewrócone drzewo. Zapytałem go czy usłyszał jakiś głos, ale on nie uciszył i kazał nasłuchiwać. To był dźwięk przypominający płacz dziecka dochodzący z oddali. Obaj zaczęliśmy wykrzykiwać imię dziewczynki, po czym nasłuchiwaliśmy jakiejkolwiek odpowiedzi, ale ciągle słyszeliśmy jedynie ten płacz. Skierowaliśmy się w stronę powalonego drzewa, obchodząc je na około. Kiedy zbliżaliśmy się do źródła dźwięku, doznałem jakiegoś dziwnego uczucia. Powiedziałem koledze, że coś jest nie w porządku. Odpowiedział, że ma takie samo wrażenie, ale nie wie dlaczego. Zatrzymaliśmy się, ponownie wołając dziewczynkę po imieniu. Nagle, w tym samym momencie uświadomiliśmy sobie co było nie tak. Płacz który słyszeliśmy był zapętlony. Najpierw szloch, potem jakby jęk i na końcu czknięcie, powtarzające się w kółko. Za każdym razem brzmiało to dokładnie tak samo. Bez słowa obaj zaczęliśmy uciekać. To był jedyny raz kiedy straciłem opanowanie w taki sposób, ale coś w całej tej sytuacji było tak niesamowicie nie w porządku, że żaden z nas nie chciał tam zostać ani sekundy dłużej. W punkcie zbornym pytałem wszystkich czy słyszeli jakiekolwiek dziwne odgłosy, ale nikt nie miał pojęcia o co mi chodzi. Dziewczynka nigdy nie została odnaleziona. Na akcjach zawsze pamiętamy, żeby na akcjach przy okazji rozglądać się za osobami których nie odnaleziono, ale w tym wypadku szczerze wątpię żebyśmy kiedykolwiek coś znaleźli.

Spośród wezwań dotyczących zaginionych osób, tylko niewielka część kończy się zupełnym zniknięciem, w sensie braku śladów czy ciała. Ale czasami ciało przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Oto kilka, które znaleźliśmy, które stały się w pewien sposób „sławne” w naszym towarzystwie:

• Nastolatek, którego szczątki odnaleziono prawie rok po zaginięciu. Znaleźliśmy czubek jego czaszki, dwie kości palców i aparat, około 60 km od miejsca gdzie widziany był po raz ostatni. Niestety aparat był zniszczony.

• Miednica starszego mężczyzny, który zaginął miesiąc wcześniej. To wszystko co znaleźliśmy.

• Żuchwa i prawa stopa dwuletniego chłopca, znalezione na najwyższym szczycie pasma górskiego w południowej części parku.

• Ciało nastoletniej dziewczyny z Zespołem Downa, 30 km od miejsca w którym zniknęła. Zmarła z wychłodzenia, trzy tygodnie po zniknięciu, ale poza butami i kurtką, jej ubranie było nienaruszone. Podczas autopsji w jej żołądku znaleziono jagody i gotowane mięso. Koroner powiedział, że wygląda na to, że ktoś się nią opiekował. Nigdy nie wskazano żadnego podejrzanego.

• Zamarznięte ciało rocznego dziecka, znalezione tydzień po zniknięciu, w pustym pniu drzewa, 16 km od miejsca gdzie widziano go ostatni raz. W żołądku znaleziono świeże mleko, ale w ustach brak było języka.

• Jeden krąg i prawa rzepka trzyletniej dziewczynki znalezione w śniegu, 30 km od miejsca, w którym obozowała jej rodzina poprzedniego lata.

A teraz kilka historii, które opowiedział mi mój znajomy. Wspomniałem mu, że byliście zainteresowani schodami i macie szczęście: miał z nimi coś w rodzaju bliskiego spotkania. Mimo, że nie miał dla nich wytłumaczenia, to ma z nimi trochę więcej doświadczenia niż ja.

• Kolega pracuje w SAR od około 7 lat. Zaczynał na początku college-u, a jego pierwsze „spotkanie” ze schodami wyglądało podobnie do mojego. Jego nauczyciel powiedział mu niemal to samo co mój, czyli nigdy nie podchodzić zbyt blisko, dotykać lub wychodzić na schody. Przez pierwszy rok trzymał się tych reguł, ale najwidoczniej wygrała ciekawość. Podczas jednego z wezwań odłączył się od grupy poszukiwawczej, żeby bliżej zbadać sprawę. To było ok 15 kilometrów od miejsca w którym zaginęła nastoletnia dziewczyna. Psy podjęły trop, a on został sam, pozostając w tyle za grupą. Wtedy dostrzegł schody po swojej lewej stronie. Wyglądały jakby pochodziły z nowego domu, bo wykładzina na nich była nieskazitelnie biała. Opowiadał, że kiedy zbliżał się do nich, nie czuł i nie słyszał niczego nadzwyczajnego. Oczekiwał, że stanie się coś niedobrego, że zacznie krwawić z uszu lub zasłabnie, ale podszedł do schodów i nie poczuł niczego. Jedyną dziwną rzeczą jaką zauważył było to, że na schodach nie było żadnego syfu. Brak ziemi, liści, kurzu, czegokolwiek. Nie było także śladu po jakichkolwiek zwierzętach czy insektach w najbliższym otoczeniu, co uznał za dziwne. To nie było tak, że zwierzęta ich unikały, bardziej jakby schody znalazły się w wyjątkowo pustej, jałowej części lasu. Dotknął schodów, ale nie poczuł niczego za wyjątkiem specyficznego uczucia kiedy dotyka się nowy dywan. Upewniwszy się, że jego radio jest włączone, powoli zaczął wychodzić na schody, co jak stwierdził było przerażające z powodu wszystkich historii, które o nich słyszał. Żartował, że z jednej strony oczekiwał, że zostanie przeniesiony do innego wymiaru, a z drugiej, że zaraz zobaczy nadlatujące UFO. Ale dotarłszy na szczyt bez żadnych przeszkód, przystanął rozglądając się. Im dłużej jednak stał, tym mocniej czuł jakby robił coś bardzo, bardzo niewłaściwego. Opisał to jako uczucie które towarzyszy ci, kiedy znajdziesz się w części budynku rządowego, w której nigdy nie powinieneś się znaleźć. Tak jakby ktoś miał przyjść i aresztować go, albo strzelić mu w plecy w dowolnym momencie. Próbował odsunąć od siebie to uczucie, ale to stawało się co raz mocniejsze. Wtedy zorientował się, że nie słyszy żadnego dźwięku. Zniknęły odgłosy lasu, nie mógł też usłyszeć własnego oddechu. To było jak upierdliwy szum w uszach, tylko znacznie mocniejszy. W końcu zszedł na dół i dołączył do reszty ekipy ratunkowej, nikomu o tym nie wspominając. Ale najdziwniejsze miało się dopiero wydarzyć. Po zakończeniu poszukiwań, jego trener czekał na niego w Centrum Powitalnym. Nie pozwolił mu wyjść, a na jego twarzy widać było gniew. Kumpel zapytał co się stało, a ten odpowiedział „Wyszedłeś na nie”, przy czym nie było to pytanie. Kolega zapytał skąd mógł to wiedzieć, ale ten tylko spuścił głowę mówiąc „Ponieważ jej nie znaleźliśmy. Psy straciły trop”. Na pytanie jaki to ma związek ze schodami, trener zapytał jak długo na nich był, na co kumpel odpowiedział, że nie dłużej niż minutę. Wtedy trener popatrzył na niego takim pustym, prawie martwym wzrokiem i powiedział, że jeżeli jeszcze raz wejdzie na jakiekolwiek schody zostanie zwolniony. Natychmiast! Nauczyciel odszedł, i przypuszczam, że nigdy już nie odpowiedział na żadne z pytań, które mój kumpel zadawał na ten temat.

Kolega brał udział w wielu poszukiwaniach, w których nie natrafiono na żaden ślad poszukiwanego. Powiedział, że w większości przypadków, jeżeli zaginiona osoba nie jest znajdywana po niedługim czasie, to albo nigdy nie uda się jej odnaleźć, albo stanie się to po wielu tygodniach, miesiącach lub latach, w miejscach, w których nie miały prawa się znaleźć. Jedna z historii którą mi opowiedział wyróżniała się wśród innych, a dotyczyła pięcioletniego chłopca ze znaczną niepełnosprawnością umysłową.

• Mały chłopiec zniknął późną jesienią z miejsca w którym często urządza się pikniki. Poza upośledzeniem umysłowym, był także fizycznie niepełnosprawny. Jego rodzice w kółko tłumaczyli, że nie ma mowy by sam się oddalił. Ktoś musiał go zabrać. Kumpel powiedział, że szukali tego dzieciaka tygodniami, znacznie wykraczając poza wyznaczony obszar, ale wyglądało to tak jakby dziecka nigdy w tym lesie nie było. Psy nie mogły wyczuć jego zapachu, nawet w miejscu z którego zniknął. Na krótką chwilę podejrzenia padły na rodziców, ale widać było że są zdruzgotani i nie mieli w tym swojego udziału. Poszukiwania zakończono po miesiącu, a do zimy wszyscy zdążyli o sprawie zapomnieć. Kumpel odbywał właśnie szkolenie zimowe na jednym z wyższych szczytów w okolicy kiedy zobaczył coś w śniegu. Opowiadał, że najpierw zauważył to z daleka, a kiedy się zbliżył rozpoznał, że to koszulka zaginionego chłopca. Był pewien, że należała do niego, bo był na niej charakterystyczny wzór. Niecałe 20 metrów dalej znalazł ciało chłopca, częściowo zakopane w śniegu. Powiedział, że mały nie mógł być martwy dłużej niż kilka dni, mimo że zaginął 3 miesiące wcześniej. Dzieciak był jakby owinięty wokół czegoś, a kiedy kolega odgarnął trochę śniegu, nie mógł uwierzyć w to co widzi. To był duży kawał lodu, wyrzeźbiony na kształt czegoś, co przypominało człowieka. Chłopiec trzymał to tak mocno, że odmroził sobie klatkę piersiową i ręce. Było to widoczne nawet mimo częściowego rozkładu zwłok. Kolega wezwał przez radio resztę ekipy i już wspólnie znieśli ciało ze szczytu. Kiedy mi to opowiedział wiedziałem, że nie było możliwości żeby ten dzieciak przeżył samotnie trzy miesiące i by dostał się na ten szczyt. Fizycznie niemożliwe było, żeby przeszedł prawie 80 km i wdrapał się na cholerną górę. Gdyby tego było mało, w żołądku i okrężnicy dziecka nie znaleziono absolutnie nic, nawet wody. Kumpel powiedział, że wyglądało to tak, jakby chłopiec zniknął z powierzchni ziemi na kilka miesięcy, po czym ktoś odstawił go z powrotem tylko po to, by umarł z wyziębienia.

Ostatnia jego historia miała miejsce stosunkowo niedawno, ledwie kilka miesięcy temu.

• Cała ekipa wyruszyła na zwiad, ponieważ w ciągu kilku ostatnich dni parę osób widziało pumy w okolicy. Jednym z naszych zadań jest sprawdzenie czy te zwierzęta faktycznie są w pobliżu i jeżeli tak jest, ostrzegamy ludzi i zamykamy niektóre szlaki. Kumpel był sam, w bardzo zalesionej części parku. Zbliżał się zmierzch, kiedy usłyszał coś co brzmiało jak krzyk kobiety. Pewnie większość z was wie, że odgłosy jakie wydaje puma przypominają te, które wydawałaby mordowana kobieta. Na pewno jest to niepokojące, ale całkiem normalne. Kolega dał znać przez radio, że usłyszał pumę i zamierza iść dalej żeby sprawdzić gdzie zaczyna się jej terytorium. Później słyszał ten odgłos jeszcze kilka razy, zawsze z tego samego miejsca, więc był w stanie mniej-więcej określić jak daleko to terytorium sięga. Już miał wracać do bazy, kiedy usłyszał kolejny krzyk, tym razem raptem kilka metrów od niego. Oczywiście wystraszył się i przyspieszył tempo, bo ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę było spotkanie z pumą. Kiedy dotarł do szlaku, cokolwiek wydawało ten odgłos, podążyło za nim, więc zaczął biec. Kiedy był już około 1,5 km od bazy krzyk ustał, więc kumpel odwrócił się żeby zobaczyć co to było. Była już prawie noc ale powiedział, że w miejscu w którym szlak zakręcał dostrzegł coś, co przypominało męską postać. Krzyknął więc ostrzegając, że szlak jest zamknięty i należy powrócić do Centrum Powitalnego. Ale postać stała bez ruchu, więc kolega podszedł bliżej. Kiedy był już 10 metrów od niej, postać – jak on to określił – „zrobiła niemożliwie długi krok” w jego kierunku i wydała z siebie ten sam krzyk, który słychać było wcześniej. Kumpel bez chwili zastanowienia odwrócił się, i sprintem pobiegł z powrotem do bazy nie oglądając się za siebie. Zanim dobiegł na miejsce, krzyk oddalił się z powrotem w głąb lasu. Nigdy nikomu o tym nie wspomniał. Powiedział jedynie, że w lesie jest puma i szlak musi zostać zamknięty do czasu aż zostanie znaleziona i przeniesiona.

Na tym zakończę ten wpis, bo zrobiła się z tego ściana tekstu. Jutro rano wyruszam na coroczne szkolenie, więc nie będzie mnie przez cały tydzień. Spotkam się tam za to z wieloma byłymi instruktorami, oraz z kumplami, którzy pracują w innych częściach parku, i zamierzam wypytać ich o ciekawe historie, które mógłbym wam opowiedzieć.




CZĘŚĆ 4

Cześć, wróciłem z mojego szkolenia i mam dla Was kilka interesujących historii. Mam tego tyle, że rozbiję to na dwie części, z chęcią wrzuciłbym je w jednym wpisie – ale nie zdążyłem jeszcze wszystkiego spisać. Nic szalonego nie wydarzyło się podczas ćwiczeń, ale mieliśmy jeden incydent związany z nowym pracownikiem, myślę, że jest on istotny. Skoro tyle musieliście czekać, przejdę już do konkretnych historii. Każda z nich będzie przypisana do osoby, która mi ją opowiedziała.

K.D. - jest ona weteranem w SARze, pracuje już ponad piętnaście lat. Specjalizuje się w ratownictwie wysokogórskim i jest ona uważana za jedną z najlepszych w tej dziedzinie. Chętnie opowiadała mi historie ze swojej pracy, spędziliśmy dużo czasu. Mam dla Was aż cztery opowieści od niej, które naprawdę utkwiły mi w głowie.

• Pierwsza historię opowiedziała mi, kiedy spytałem jakie było jej najbardziej dramatyczne wezwanie. Pokiwała głową i powiedziała, że złe wypadki zdarzają się w wysokich górach o wiele częściej, łatwiej w nich o nieszczęście.

Około pięciu lat temu w na jej terenie doszło do serii zaginięć. Była wtedy rekordowo zła pogoda, najgorsza w historii, co kilka dni przybywało nawet ponad 30 cm śniegu. Zeszło również parę lawin, które zabiły kilku wspinaczy. Ostrzegali co prawda ludzi, żeby nie schodzili ze szlaków, ale jak zawsze – musieli znaleźć się tacy, którzy nie słuchali. W jednym, szczególnie okropnym przypadku cała rodzina została poszkodowana – tatuś wiedział lepiej niż służby, i zabrał swoich bliskich na niebezpieczny teren. Poszli na wycieczkę i, na tyle, na ile K.D. zdołała ustalić, wleźli na półkę śniegową, wyglądała solidnie, ale jak się okazało – wcale taką nie była. Nie wytrzymała ciężaru, spadli ponad 100 metrów i wylądowali na skałach pod zboczem. Rodzice zmarli na miejscu. Jedno z dzieci również, lecz dwójka pozostałych przeżyła. Jeden z dzieciaków złamał nogę i miał potłuczone żebra, drugi nie odniósł prawie żadnych obrażeń – kilka siniaków i skręcona kostka. Dziecko z mniejszymi ranami postanowiło pójść i poszukać pomocy. Przeszło ono może z kilometr, i wtedy dopadła je burza śnieżna, zatrzymało się i próbowało jakoś się ogrzać, albo po prostu odpocząć – i zamarzło na śmierć. Ostatecznie rodzinę udało się odnaleźć dzięki zeznaniom świadków, którzy widzieli jak schodzą oni ze szlaku.

To właśnie K.D. odnalazła zamarznięte dziecko. Podczas poszukiwań padał śnieg – na tyle mocny, że uniemożliwiał widzenie na dłuższym dystansie, ale jednocześnie na tyle słaby, że poszukiwania mogły się odbyć. Zauważyła ona przed sobą siedzącą w śniegu postać i pobiegła do niej najszybciej jak się dało. Opisała mi w szczegółach, że im bliżej dziecka była tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego co się stało. Najpierw zorientowała się, że jest to dziecko, potem, że nie żyje, a na końcu, że zamarzło – i to w tak wzruszającej pozycji – dzieciak siedział na ziemi, z rękami dookoła kolan (które trzymał przy klatce piersiowej), twarz ukrył w płaszczu. Kiedy odsłoniła jego buzię okazało się, że jest ona cała wykręcona od mrozu i są na niej zamarznięte łzy, biedak umierał płacząc. Powiedziała, że musiała to być bolesna śmierć, dzieciak musiał być przerażony odczuwając objawy hipotermii, i że ten widok złamał jej serce. Wyznała mi, że ma nadzieję, że ojciec będzie smażył się w piekle.

• Inna traumatyczna historia, którą mi opowiedziała miała miejsce, kiedy była jeszcze świeżakiem. Jej oddział dostał wezwanie, które mówiło o doświadczonym wspinaczu, który nie wrócił na noc. Jego żona była przekonana, że stało się coś złego – mąż zawsze wracał z gór o umówionym czasie. Wyruszyli na poszukiwania, musieli przedrzeć się przez bardzo wymagający technicznie odcinek. Szli stosunkowo płaskim terenem, kiedy K.D. zauważyła krew na śniegu. Poszła tym szlakiem i po jakimś czasie, oprócz krwi, zauważyła też... kawałki ludzkiego ciała. Nie była do końca pewna z jakiej części ciała pochodzą, ale im dalej szła tym krwisto-tkankowym szlakiem, tym więcej ich znajdowała. W końcu odnalazła wspinacza, leżał pod półką skalną. Było tam strasznie dużo krwi, więcej niż kiedykolwiek widziała. Leżał twarzą w dół, z ręką wyciągniętą przed siebie – jakby zmarł czołgając się. Kiedy przyjrzała się bliżej zauważyła, że człowiek ten ma otwartą jamę brzuszną, a przy pasku cały zakrwawiony czekan. Oczywiście nigdy dokładnie nie można określić co się stało, ale jej przypuszczenia były następujące: facet wspinał się, pomagał sobie czekanem, trafił na obluzowany kawałek skały i spadł. Po upadku prawdopodobnie nadział się na własny czekan, który niemalże go wypatroszył. Mężczyzna czołgał się, wyrywając sobie przy tym kawałki swoich wnętrzności. K.D. nie jest wrażliwa na takie krwawe obrazki, ale kilku innych ratowników, którzy przybyli jej pomóc zabrać ciało, zwymiotowało. Po przewróceniu denata wręcz wylały się z niego jego wnętrzności.

• Wspomniałem jej, że interesują mnie przypadki, w których ludzie zaginęli i nie udało się ich już nigdy odnaleźć. Wtedy zobaczyłem błysk w jej oczach, przybliżyła się do mnie i zapytała: „chcesz usłyszeć coś naprawdę mocnego?”. Opowiadała mi o swoich początkach na służbie – mieli wtedy głośną sprawę, którą zainteresowały się media. Rodzina zbierała jagody niedaleko wejścia do parku, rodzice i dwóch chłopców – poniżej piątego roku życia. I nagle, w ciągu dnia, jeden z nich zaginął. Odbyły się potężne poszukiwania i nie znaleziono kompletnie niczego. Wydawać by się mogło jakby ten mały nigdy nie był na terenie parku. Psy nie potrafiły podjąć żadnego tropu. Poszukiwania trwały dwa miesiące, w końcu jednak zostały odwołane. Pół roku później rodzina wróciła na miejsce gdzie zniknął ten chłopiec, aby złożyć kwiaty przy pomniku, który miał go upamiętniać. Rodzice podczas składania bukietu stracili z widoku drugiego syna na dosłownie trzy sekundy. I co? Ten jakby rozpłynął się w powietrzu. Zniknął. Rodzice byli zdruzgotani, to był okropny cios – stracili drugie dziecko. Tym razem poszukiwania były jeszcze większe – największe w historii stanu. Trzystu wolontariuszy przeczesywało park centymetr po centymetrze. Ale znów – nie natrafiono na żaden ślad. Aż nagle – po dwóch tygodniach, ochotnik będący ponad 20 kilometrów od miejsca zaginięcia, zgłosiło przez radio, że znalazł chłopaka. Początkowo zakładał, że zmarł i widzi tylko jego ciało. Okazało się, że nie tylko żyje, ale jest w całkiem dobrym stanie. K.D. oraz jej zespół wyruszyli natychmiast we wskazane miejsce. Kiedy tam dotarli nie mogli uwierzyć w to co widzą – to naprawdę był poszukiwany chłopiec, co więcej – jego ubrania były czyste, on sam również nie był brudny, nie wyglądał jakby przeżył traumę. Ochotnik powiedział, że znalazł go siedzącego na pniu, bawił się gałązkami związanymi sznurkiem. K.D. zapytała go gdzie był przez dwa tygodnie, odpowiedział, że „z puchatym panem”. W tym momencie K.D. gotowa była uwierzyć nawet w Wielką Stopę. Zaczęła więc dopytywać o szczegóły. Czy był owłosiony? Dzieciak odpowiedział, że nie – nie był owłosiony, że był „puchaty”, ponieważ wyglądał tak jak wtedy, kiedy przymknie się oczy, ale nie do samego końca, był jakby rozmazany. Mężczyzna ten miał wyjść spomiędzy drzew i zabrać chłopca głęboko w las. Chłopiec opowiedział, że spał w pustym pniu drzewa, a „puchaty pan” dawał mu jagody do jedzenia. K.D. spytała czy chłopiec nie był przestraszony – odpowiedział, że „nie, nie było strasznie, nie podobało mi się tylko, że pan nie miał oczu”. Po odstawieniu chłopaka do kwatery głównej przejęli go policjanci, i przesłuchiwali odnośnie tego co się wydarzyło. Znajomy policjant przekazał potem K.D., że chłopiec podtrzymał swoją wersję o „puchatym panu”, opowiadał, że ten trzymał go w pniu, karmił jagodami. Pozwalał mu chodzić samemu, ale tylko w wyznaczonym terenie, kiedy chłopak chciał iść dalej, „puchaty pan” miał wpadać w szał i być bardzo głośno – mimo tego, że nie miał ust. Kiedy dzieciak przestraszył się jednej nocy dostał od „puchatego” gałązki związane sznurkiem, w ramach pocieszenia. Chłopak powiedział, że „puchaty” chciał go zatrzymać na zawsze, ale okazało się, że nie jest „odpowiednim dzieckiem” i wypuścił go. Nic więcej na ten temat nie powiedział. Policja zgłupiała po takich zeznaniach. Wznowiono poszukiwania jego brata, jednak bez żadnego rezultatu. Dzieciak nie miał pojęcia gdzie może być jego brat, którego zresztą nigdy go nie odnaleziono.

• Ostatnia historia, którą opowiedziała mi K.D. miała miejsce, kiedy była jeszcze początkującym ratownikiem i oddzieliła się od swojej grupy. Odbywali wtedy ćwiczenia wspinaczkowe na jednym ze zbocz. Podczas przerwy na obiad K.D. poszła za potrzebą w las, odeszła od grupy na ok. 45 metrów. Jak to ujęła: „poszłam się wysikać, kiedy skończyłam, zaczęłam wracać do pozostałych. Jednak po przejściu kilku metrów zdałam sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia gdzie jestem. I nie chodziło o to, że pomyliły mi się kierunki, ja po prostu naprawdę się zgubiłam, gdybyś mnie wtedy spytał nie wiedziałabym pewnie nawet w jakim stanie się znajduję. To było trochę tak, jakbym dostała jakiejś amnezji. Wiesz o co chodzi? Czujesz się kompletnie zagubiony i nie masz pojęcia co robić. Stałam tak przez chwile wysilając umysł i próbując dojść do wniosku co ja w ogóle mam teraz zrobić. Ale im dłużej tak stałam, tym bardziej miałam pustkę w głowie. Wybrałam więc kompletnie losowy kierunek i zaczęłam iść przed siebie. Im dalej zaszłam, tym było ze mną gorzej – zapomniałam już nawet dlaczego w ogóle jestem w terenie. Przedzierałam się przez śnieg i zaczęłam słyszeć ten głos. Jakby wewnątrz mojej głowy. Brzmiał jakoś żabio – był niski i skrzeczący. Powtarzał ciągle: „jest dobrze, jest dobrze, musisz znaleźć coś do jedzenia. Znajdź coś do jedzenia i będzie dobrze, po prostu idź i znajdź coś do jedzenia. Jedzenie, jedzenie.”. Zaczęłam się więc rozglądać za czymś co można zjeść, i przysięgam na Boga – nigdy w życiu nie czułam się tak głodna jak wtedy. Nie miałam poczucia czasu i nie wiedziałam jak długo już idę. Wtedy usłyszałam prawdziwy głos gdzieś przede mną. Zaczęłam iść w tym kierunku – był to jeden z ratowników – kiedy mnie zobaczył wyglądał na przerażonego. Zaczął biec do mnie mnie, krzyczał co ja tu do cholery robię. Najstraszniejsze było to, że kiedy biegł do mnie zaczęłam sięgać po mój myśliwski nóż, który noszę przy pasku. Nawet nie myślałam o tym co robię, po prostu byłam szalenie głodna. Zgodnie z radą głosu – myślałam, że jeśli nic nie zjem, już nie będzie ze mną dobrze. Zauważył, że wyciągnęłam nóż i zaczął się wycofywać. Krzyczał, żebym go odłożyła, że nie chce mnie skrzywdzić i inne takie uspokajające gadki. Wtedy dostałam jakiegoś olśnienia, zorientowałam się gdzie jestem i odłożyłam nóż. Podbiegłam do niego pytając jak długo mnie nie było, myślałam, że powie, że zniknęłam na pół godziny. Ale nie – okazało się, że zaginęłam na dwa pieprzone dni. Przeszłam przez dwa szczyty i znajdowałam się prawie po drugiej stronie gór. Gdyby mnie nie znalazł doszłabym do dzikiego lasu, który ciągnie się przez ponad 450 kilometrów. Wtedy już na pewno byłoby po mnie. Ratownik nie mógł uwierzyć, że jeszcze w ogóle żyję, a ja w nie miałam pojęcia co mam o tym wszystkim myśleć. Dla mnie było niemożliwym, że minęły aż dwa dni. Nic nie mówiłam, po prostu poszłam z nim do punktu zbiórki i wróciliśmy do naszej kwatery. Potem zabrano mnie do szpitala. Zrobiono mi tam dużo badań, starano się dociec co mi się stało. Lekarze stwierdzili, że miałam albo fugę dysocjacyjna – co jest czymś podobnym do amnezji, albo jakiś dziwny atak, który wpłynął na mój mózg. Ale nie mogli stwierdzić nic na pewno. To już nigdy się nie powtórzyło, ale mówię ci – od tego czasu już nigdy nie idę w teren sama. Ludzie śmieją się ze mnie, kiedy odchodząc od grupy zawsze zabieram kogoś ze sobą – odpowiadam im wtedy, że słuchanie jak sikam na śnieg jest o wiele lepsze niż stracenie mnie na dwa pieprzone dni w tych mroźnych górach!

E.W. - następną osobą, z którą rozmawiałem był E.W., kiedyś szkolił początkujących ratowników, obecnie pracuje jako ratownik medyczny. Pojawia się jeszcze czasem na takich szkoleniach jak te, ale nie pracuje już dla SARu na cały etat. Specjalizował się w odnajdowaniu zaginionych dzieci, miał do tego jakiś szósty zmysł i zawsze wiedział gdzie ich szukać. Jest legendą wśród doświadczonych ratowników, ale w dalszym ciągu zawstydza się, kiedy ktoś chwali go za zasługi. Jednego z wieczorów jedliśmy razem kolację, mieliśmy okazję, żeby wymienić się historiami. Większość z nich nie była zbytnio emocjonująca, ale kiedy doszliśmy do tematu najdziwniejszych wezwań, wspomniałem coś o schodach. Wtedy E.W. ucichł i zapytał czy słyszałem o małym chłopcu, który zaginął w parku kilka lat temu. Nie słyszałem, więc opowiedział mi tę historię.

• Ekipa była w terenie szukając jedenastoletniego chłopca, Joey'a, który zaginął niedaleko rzeki. Oczywiście pierwszym tropem było, że upadł i utonął, jednak kiedy psy załapały top, zaprowadziły funkcjonariuszy SAR daleko od rzeki, w gęsty lat. Kiedy szukamy ludzi dzielimy teren na sektory, przypomina to siatkę, i każdy z nich przeszukujemy bardzo dokładnie. E.W. oraz jego ekipa zauważyli bardzo dziwną rzecz. Psy łapały trop w jednym sektorze, gubiły go jednak w sąsiednim, żeby później znów odnaleźć zapach chłopaka w innym, niepowiązanym z poprzednimi. Nie miało to zbytniego sensu. Jakim cudem Joey mógł przeskakiwał te sektory? W pewnym momencie E.W. i jego partner zauważyli schody ok. 50 metrów od nich. E.W. stwierdził, że powinni sprawdzić przy nich, ale partner stanowczo sprzeciwił się temu pomysłowi. Powiedział, że postanowił nigdy się do nich nie zbliżać, nie zamierza udawać, że są one normalną sprawą. Dodał, że może poczekać tu i obserwować
Card image cap



Top tygodnia

Wysyłanie...